Z wielkim zaciekawieniem oglądałem ostatnio relację z posiedzenia podkomisji sejmowej, zajmującej się dwoma projektami zmian Kodeksu pracy (pełna relacja znajduje się pod tym adresem). Okazuje się, że – wbrew moim przewidywaniom i chyba całe szczęście – jednym z najgorętszych punktów programu, który wywołał bodaj najbardziej płomienną dyskusję, była kwestia usunięcia, czy też ograniczenia stosowania definicji doby pracowniczej.

Dyskusja rozpoczęła się od tego, że Biuro Analiz Sejmowych i strona związkowa wytknęły poselskiemu projektowi, iż proste usunięcie uniwersalnej definicji doby może doprowadzić do problemów ze stosowaniem innych przepisów Kodeksu pracy, które posługują się tym pojęciem. O niektórych możliwych perturbacjach miałem okazję o tym pisać w poście pt. Zmiana definicji „doby” pracowniczej, choć zdaję sobie sprawę, że może ich być więcej.

W związku z tym autorzy projektu poselskiego zgłosili autopoprawkę, aby „stara” definicja doby była stosowana nie tylko do celów rozliczenia okresów odpoczynku, jak początkowo zakładano, ale także „na potrzeby stosowania przepisów o pracy w porze nocnej”… Dostrzeżono zatem pewien problem, choć mam wrażenie, że tylko jeden z wielu … Nadal bowiem w Kodeksie pracy odnajdziemy szereg „dób”, których znaczenie trzeba będzie ustalać od nowa, co w pierwszych miesiącach obowiązywania nowelizacji może przysporzyć kadrowym wiele bólu głowy. Gdyby zaś chcieć objąć definicją nową-starą definicją kolejne przypadki, w których Kodeks posługuje się pojęciem „doby”, to wrócilibyśmy do punktu wyjścia…. A to chyba bez sensu.

Z bardzo ciekawej dyskusji można było odnieść wrażenie, że definicja doby jest źródłem wszelkiego zła w prawie pracy… Wskazywano, że jest ona główną przeszkodą na drodze do osiągnięcia elastyczności w zakresie planowania czasu pracy. Cechy iście demoniczne, trzeba przyznać. Doba pracownicza to jednak nie Bazyliszek, którego można uśmiercić za pomocą prostego fortelu, czyli w tym przypadku – jednym pociągnięciem legislacyjnego pióra …

Choć nie jestem zwolennikiem dotychczasowej definicji doby i uważam, że można się bez niej obejść, to wydaje mi się, że droga do wyeliminowania tego „potwora”, którą zdają się obierać posłowie nie jest właściwa. Faktem jest, ze w wielu unijnych krajach pracodawcy i pracownicy doskonale sobie radzą bez definicji „doby”, z którą my borykamy się od lat. Jednak zniwelowanie wszystkich związanych z nią problemów wymaga – moim zdaniem – szerszej nowelizacji przepisów o czasie pracy i przemodelowania tych, które dziś posługują się tym słowem.

Obrazowo problem z dobą można porównać do sytuacji, w której nie podoba się nam fasada domu. Rozwiązaniem w takim przypadku nie jest proste wyburzenie frontowej ściany, bo wtedy może runąć cały budynek, lecz jej precyzyjna przebudowa pod okiem fachowców. Oczywiście to budowlane porównanie jest mocno przerysowane, gdyż nie samą dobą polski Kodeks pracy stoi. Niemniej jednak oddaje ono pewne przesłanie – rezygnacja z definicji doby wymaga nieco szerszego spojrzenia. To właśnie w tym kontekście uważam, że na dobry początek wystarczyłaby zmiana proponowana w projekcie rządowym… Przynajmniej w ten sposób wyeliminowalibyśmy to, co najbardziej boli pracodawców, czyli nadgodziny „niechcący” w sytuacjach, w których pracownicy przychodzą do pracy o różnych porach w poszczególne dni tygodnia.

Maciej Zieliński

Maciej Zieliński


maciej.zielinski@dzp.pl

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *